Dog Sled Saga – recenzja gry (PC)

Ileż można czekać na Kingdom: Dwie korony?! Ostatnia wielka aktualizacja miała miejsce ponad rok temu, a od tego czasu co? Gów..! O ile cenię w grach dobre wyzwanie i przemyślaną fabułę to czasem człowiek jest po prostu zmęczony, nie chce mu się grzebać w statystykach ani czytać długich dialogów. Wtedy najlepiej po prostu siąść z padem na wygodnym fotelu, zapuścić jakąś uroczo idiotyczną gierkę i leniwie wciskać przyciski na kontrolerze w takt spokojnej muzyczki pogrywającej sobie gdzieś w tle. Takie właśnie jest Kingdom, takie właśnie próbuje być Dog Sled Saga.

 

Lubicię zimę?

Ja po prostu uwielbiam! To nie tylko jedyna pora roku kiedy mogę przyjechać do Polski i spotkać się z najbliższymi, to również magiczny czas Świąt, wspólnie oglądany Kevin, prezenty i.. Śnieg!

Śnieg jest zajebisty i nie potrafiłbym się na niego gniewać nawet jakbym był zawodowym kierowcą. Biały i puchaty, albo taki zmrożony fajnie skrzypiący pod butami, albo ubity na twardo – idealny na ślizgawki. Śniegiem podniecać się można zarówno z zewnątrz jak i wewnątrz – nie ma dla mnie nic bardziej relaksującego niż siedzenie przy oknie w zimowy wieczór i delektowanie się kubkiem gorącej herbaty z miodem patrząc jak grube płatki śniegu leniwie opadają na ziemię w złotym świetle ulicznej latarni. Zaś poranek, kiedy budzimy się i wyglądamy na pole*, a tu nagle wszystko bielusieńkie jak mleko to niesamowite uczucie budzące wewnętrznego dzieciaka, który chce po prostu rzucić się w puch i robić aniołki.

Ech.. Śnieg.. Ile cię trzeba cenić ten tylko się dowie, kto wyjechał do Chin.. Niestety tu gdzie pomieszkuję biały puszek jest rarytasem, który zdarza się raz na kilka lat, a i wtedy można liczyć zaledwie na parę płatków. W takich okolicznościach przyrody człowiek próbuje zastąpić sobie ten prawdziwy jakimś cyfrowym substytutem – przenieść się do zimowego świata i zapomnieć, że na zewnątrz jest plus piętnaście i leje deszcz. Można tego dokonać dobrym zimowym filmem jak np. nie nudząca się Epoka Lodowcowa, można użyć gogli VR do pooglądania jakichś fajnych białych zdjątek, ale można również rzucić się na dobrą zimową gierkę.

Niekwestionowanym liderem pod względem mroźnego klimatu jest bezsprzecznie Icewind Dale, ale nawet wspomniane wyżej Kingdom, czy genialne Stardew Valley mają swoją zimę. Dziś do tej zacnej gromadki dołożę jeszcze jedną pozycję: Dog Sled Saga.

(*) pamiętajcie, że jestem z Bieszczad

Oto nasza przytulna chatka.

Tu spędzamy czas pomiędzy wyścigami i załatwiamy różne sprawunki.

Możemy np. wynająć nowego pracownika.

Kiedy przychodzi czas wyścigu dostajemy jego skrótowy opis: pogoda, poziom trudności, długość, przeszkody..

Rozgrywka

Przygodę „muszera” (ang. „musher” – powożący psim zaprzęgiem) rozpoczynamy w niewielkim miasteczku chyba gdzieś na Alasce. Historyjka przypomina nieco film z Cubą Goodingiem Juniorem („Śnieżne Psy”) – dziedziczymy domek z kilkoma pieskami, a następnie próbujemy swoich sił w wyścigach. Oczywiście na samym początku dysponujemy zaledwie trzema niedoświadczonymi zwierzakami i podstawowymi sankami ale w miarę postępów i awansowania do kolejnych lig (a jest ich 7) rosną nasze umiejętności – zarówno postaci jak i gracza, gdyż udany wyścig to nie tylko zasługa statystyk, ale przede wszystkim zwinnych palców i dobrego refleksu.

Podstawą zarabiania dolarów (te przydają się do nabywania piesków i opłacania rachunków) są odbywające się co kilka dni wyścigi. Podczas nich nasze sanki suną w zasadzie same, ale Dog Sled Saga nie jest samograjem – nic nie zdziałamy odłożywszy na chwilę pada (albo klawiaturę) aby napić się kawy czy skoczyć do toalety. Cały czas należy pamiętać o regularnym i precyzyjnym rzucaniu psich przysmaków, napinaniu uprzęży (by się futrzaki nie zaplątały), a także przeskakiwaniu okazjonalnych przeszkód. Choć na początku zapanowanie nad tym wszystkim bywa trudne to z czasem uczymy się grać tak aby wygrywać. Warto przy okazji dodać, ze jeden wyścig to zaledwie kilka minut gry.

W przerwach pomiędzy ściganiem się czas spędzamy w naszej drewnianej chatce i doglądamy inwentarza. Zwierzęta możemy trenować własnoręcznie albo wynająć do tego celu pracownika, należy również pamiętać o zapewnieniu pieskom czasu na odpoczynek po wyścigu. Fajnym bajerem jest krzyżowanie psów – po prostu wybieramy parkę z zaprzęgu, która zniknie na miesiąc czasu gry, po czym pojawi się wraz ze szczeniakiem, który raz-dwa dorośnie i zacznie przynosić pożytek.

Te 6 kostek u dołu to psie przysmaki.

Kiedy pies zacznie opadać z sił musimy mu rzucić jedną – tylko trzeba dobrze wycelować!

Koszyk na przysmaki możemy ulepszyć poprzez odpowiedniego sponsora – tak na wypadek jakbyśmy mieli problemy z trafianiem.

Oprawa

Jeśli chodzi o grafikę to mamy do czynienia z klasycznym przykładem pixelartu, który albo wam podpasuje albo z miejsca odrzuci, nie ma innej opcji. Jako, że osobiście jestem wielkim fanem takiego rozwiązania to wygląd z miejsca przypadł mi do gustu, choć muszę przyznać, ze jednak wygląda to o klasę gorzej niż we wspomnianym Kingdom. Brakuje tu jakichś fajnych efektów specjalnych oraz innych refleksów świetlnych aby gra się czymś wyróżniała. Mimo to jest przyzwoicie – dostępne mapy zawsze obfitują w biel – znajdziemy tu zarówno ośnieżone góry, lasy jak i podmiejskie zabudowania. Czasem puch leci z nieba, czasem zawieje wiatr, są też wyścigi nocne.

Podobnie sprawa ma się z muzyką – wesoła melodyjka towarzysząca wyścigom dobrze dopasowuje się do atmosfery gry ale nic ponadto – ani nie grzeje, ani nie ziębi i gwarantuję, że po wyłączeniu programu z miejsca o niej zapomnicie.

Na koniec duży plus za płynność działania – na moim minikomputerku z chłodzonym pasywnie Celeronem i TDP na poziomie 24W gra non stop trzyma 60 klatek na sekundę. Niby dokładnie tyle należałoby się spodziewać, ale już niejednokrotnie bywałem niemile zaskakiwany różnymi retro produkcjami, które wyglądały jak z poprzedniego stulecia, a wymagały maszyny za grube tysiące (tak, znowu piję do Kingdom..).

W tle rozgrywki jest mini fabuła o ściganiu się z jakimś dupkiem. (na zdjęciu)

Pierwsze miejsce daje zarobić najwięcej.

Psy po wyścigu nagradzane są doświadczeniem co wpływa na ich statystyki.

Rozdawane są również punkty sławy, które (chyba..) przyciągają lepszych sponsorów.

Podsumowanie

Zanim wydacie kieszonkowe na DSS musicie odpowiedzieć sobie na trzy zaje*iście ważne pytania:

  1. Czy lubię śnieg?

  2. Czy lubię pikselozę?

  3. Czy mam czas na głupie gierki?

Jeśli na pierwsze dwa odpowiedzieliście twierdząco, a na ostatnie coś w stylu „Hmm.. Noo, może czasami..” to Dog Sled Saga przypadnie wam do gustu tak samo jak i mnie. Nie jest to gra wybitna, nie jest to również coś co będziemy wspominać za kilka lat. Ale jak na parę godzin odstresowywacza, który umili nam czekanie na Boże Narodzenie nadaje się jak znalazł.

Ocena 4

Gra dostępna jest zarówno na Steamie (równowartość $8) oraz na Androidzie (19zł).

Tipsy:

  • Nie słuchaj growego samouczka! Ten, za każdym razem kiedy uzbierasz wymaganą sumę pieniędzy będzie cię namawiał do wypróbowania czegoś nowego – a to kup kolejnego psiaka, a to zatrudnij pracownika, czy też spróbuj przejść do wyższej ligi. Zrobienie tego bez przygotowania (zebrania większej kasy, wytrenowania piesków) to prosta droga do bankructwa.
  • Najgorszą „przeszkadzajką” podczas wyścigu jest plątanie się lin. Z tego względu szukając sponsora patrzcie głównie za tym, który daje lepsze sznurki.
  • W czasie wyścigu najlepiej rzucać psiakowi jedzenie jak już mocno się zmęczy (dyszenie stanie się głośniejsze) – wtedy dostaniemy informację „perfect!”, która nie tylko przyśpieszy lekko zaprzęg ale i doda pieskowi parę ikspeków po wyścigu.
  • Aby zyskać więcej „fejmu” możemy starać się robić pewne triki tj. rzucanie jedzonka pieskom tak aby złapały je jednocześnie, albo w czasie przeskakiwania przez przeszkodę.
Bookmark the permalink.