Kolejny krok

Kiedy trzy lata temu podjąłem decyzję o podróży do Chin mój plan był całkiem prosty i bardzo podobny do tego co już wcześniej zrobiłem w Hiszpanii. Otóż miałem pozwiedzać kawałek kraju, następnie znaleźć jakieś ciekawe miejsce do nauki języka i pracy w zawodzie nauczyciela angielskiego. Po roku wśród Chińczyków powiniem mieć fundusze wystarczające na kolejną podróż, najprawdopodobniej do Australii, zaś po przemierzeniu Outbacku kolejnym celem byłaby Ameryka Południowa. Ci z was, którzy regularnie czytują tę stronę wiedzą, że historia nie potoczyła się zgodnie z planem.

 

Jak poznałem waszą matkę?

Używając strony dla wolontariuszy rozpocząłem poszukiwania miejscówki do dłuższego pobytu w Chinach. Ograniczyłem wyniki do wschodniego wybrzeża, gdzieś pośrodku kraju – tam najłatwiej powinno być ze znalezieniem pracy. Wysłałem kilkanaście maili, odpowiedziano mi na połowę. Nie pamiętam już co dokładnie zadecydowało o wyborze małej wysepki niepodpodal turystycznego miasta Xiamen, ale podejrzewam, że chodziło o bliskość wody. Wciąż dobrze pamiętałem popołudnia spędzone z książką w kajaku na walijskim jeziorze i chciałem mieć podobne możliwości również w nowym miejscu (z czego nic nie wyszło, ale nie szkodzi).

Jako, że do Chin dostałem się od północnego wschodu (przy kranicy z Koreą Pn.), a państwo do małych nie należy to miałem do przebycia ze 2000 km. Z resztą pomysł z wysepką i tak mógł nie dojść do skutku – ofertę pracy dostałem już w Jillin, ale uznałem, że głupio tak zostać w pierwszym odwiedzonym mieście (które notabene nie oferowało nic specjalnie zachwycającego). Jak przygoda to na całego!

Wsiadłem więc do pociągu „bylejakiego” i w dwa kolejne dni, zawadzając o Pekin, dowlokłem się do celu. Jak tak sobie teraz pomyślę to ten dzień pamiętam bardzo wyraźnie – był wieczór 12 Maja 2015, kiedy mój pociąg pojawił się w Xiamen. Zbyt późno by złapać prom na wyspę, więc trzeba było postarać się o inne lokum. Udałem się do najbliższego KFC, które nigdy nie zawodziło pod względem darmowego Internetu i w pół godziny uporałem się ze znalezieniem noclegu. Zasypiając w tanim chińskim hostelu jeszcze nie wiedziałem, że już nazajutrz poznam swoją przyszłą żonę.

Gulangyou – to tutaj poznałem Xing

Już po miesiącu wiedzieliśmy, że to dopiero początek wspólnej przygody

Z kamerą wśród..

O tym jak wziąć ślub w Chinach napiszę jeszcze kiedyś osobny artykuł, bo rzecz jest skomplikowana, a kto wie – być może trafi tu jakiś kolejny amator „chińszczyzny” i przyda mu się taki poradnik. Dzisiaj ograniczymy się jednak do opisu samego wesela.

Organizując ślub w Polsce nie można zapomnieć o fotografie i kamerzyście. Zgrany duet zapewni nam genialną pamiątkę na całe życie, dlatego nie warto na tym zbytnio oszczędzać stawiając na wujka Zbyszka z aparatem w telefonie. Chińskie podejście jest podobne, ale jednocześnie inne. Rozchodzi się o to gdzie pstrykane są fotki.

Na weselu brata filmowcy kręcili się po sali przez calutką noc próbując zebrać jak najwięcej materiału do montażu. Do tego w kilka dni po weselu brat z żoną wybrali się nad jeziorko dorobić kilka dodatkowych ujęć. Podsumowując – nagranie ze ślubu to podstawa, reszta to miłe dodatki. W Chinach jest dokładnie na odwrót.

Na 3 tygodnie przed imprezą wybraliśmy się z Asią do studia fotograficznego aby omówić szczegóły przedsięwzięcia. Okazało się to daleko poważniejsze niż przypuszczałem – zamiast paru zdjątek w odświętnych fatałaszkach mieliśmy „full servis, all inclusive” zawierający 3 suknie ślubne, 3 sukienki oraz 4 stroje męskie plus siedem różnych miejscówek (wewnątrz i na zewnątrz). Od świtu do nocy fotograf strzelił nam ponad 200 fotografii, z których mieliśmy wybrać 50 najlepszych pod obróbkę photoshopem i zamieszczenie do albumu. Do tego kilkanaście zdjęć trafić miało do ramek.

Na tle tego bardzo mizernie prezentował się film – oczywiście dostaliśmy ośmiominutowy plik wideo, który (zapętlony) był wyświetlany w sali weselnej, ale przedstawione tam były jedynie statyczne zdjęcia. Niby w drodze na wesele przed nami jechał samochód kamerzysty, który coś tam nagrywał ale ekipa zmyła się zaraz po rozpoczęciu wesela i tyle z tego było.

Moje wielkie chińskie wesele

W Państwie Środka śluby najczęściej bierze się wiosną i jesienią, gdyż pozostałe pory roku ani nie rozpieszczają temperaturami ani nie obfitują w dni wolne od pracy. Niby lokalne prawo gwarantuje 3 dni wolnego na okoliczność małżeństwa ale dotyczy to przecież tylko młodej pary pomijając całą resztę osób, których pomoc jest niezbędna.

Tradycyjnie za organizację wesela odpowiedzialny jest Młody wraz ze swoją rodziną, ale w naszych okolicznościach (i mając na uwadze, że czeka nas również ślub w Polsce) postanowiono nieco złagodzić wymogi obyczajów – wszystko udało się dzięki teściom. Pod moją opiekę oddano z kolei kwestie finansowe.

Wiem, wiem co sobie teraz myślicie – ile to kosztuje, dlaczego tak drogo i..


Zacznijmy od ostatniej kwestii – mam nadzieję, że znane powiedzenie „uczciwością i pracą ludzie się bogacą” okaże się wystarczające. Odnośnie zaś samych wydatków to nie chcę tu wchodzić w kwestie finansowe ale dam wam do myślenia małą anegdotką sprzed roku, kiedy to teściowa zapytała ile to chciałbym przeznaczyć na wesele. Wtedy jeszcze byłem dość zielony pod tym względem, więc podałem standadową cenę przyjęcia w polskich standardach. Do tego, dla pokazania jakim to jestem „Panem” kwotę sowicie zaokrągliłem do góry. Było to sporo ale uznałem, że do października się wyrobię ze zbiórką.

Zostałem „taktownie wyśmiany” i dowiedziałem się, że potrzeba co najmniej drugie tyle. Powietrze ze mnie zeszło jak z przebitej opony i już do końca dnia nie odzyskałem apetytu. W Chinach bardzo ważny jest prestiż, zaś wesele jest najlepszym sposobem na jego okazanie – gości muszą być setki, żarcia trzy razy tyle ile potrzeba, wódka jak najdroższa. Słowem – wszystko musi mówić „patrzcie jacy jesteśmy bogaci, warto się z nami kolegować!”.

Noo.. prawie wszystko..

Oto sala weselna z zewnątrz

A to wnętrze – zabijanie kurczaków i kaczek idzie pełną parą!

Kuchnia

Rzut oka na rzeźnika

Patrzcie jak wielkie te patelnie!

Wszystko idzie w hurtowych ilościach.

Na wesele wyjechało z miasta aż sześć samochodów, z czego ja siedziałem w aucie z rodzicami, zaś Asia jechała najbardziej wypasionym wechikułem – takim z otwieranym dachem. Jako, że uczta odbyć się miała we wiosce skąd pochodzi tato mojej żony (a ona sama tam spędziła dzieciństwo) to mieliśmy przed sobą ze trzy kwadranse drogi zakończonej pod domem dziadków. Tam „starszyzna” przyozdobiła nas oboje złotem, zaś nad Asią wyszeptano jakieś pradawane chińskie zaklęcia od których dziewczę się popłakało. Stamtąd wyszliśmy do oddalonego o zaledwie kilkaset metrów domu weselnego, który.. na pierwszy rzut oka bardziej przypominałby stajnię aniżeli przybytek małżeński.

To chyba największa różnica pomiędzy polskim i chińskim weselem – u nas (i ogólnie na Zachodzie) wybór odpowiedniego miejsca to sprawa najwyższej wagi, pal licho fotografów i muzykantów – najważniejsza jest sala! Przez to właśnie dochodzi do kuriozów, kiedy wymarzoną miejscówkę trzeba rezerwować na dwa lata przed zaślubinami, tymczasem Chińczycy żenią się gdzie popadnie i wynajęcie lokalu nie sprawia większych trudności.

Samo wydarzenie odbyło się na polską modłę – w sobotę – i składało z kilku posiłków. Pierwszy był już w piątek, ale ani nie trzeba się było wystroić, ani nie przyszło za dużo ludzi – raczej sami najbliżsi znajomi i krewni. Bardziej przypominało to kontrolę zatrudnionych kucharzy czy aby napewno dobrze im idzie przygtowanie jedzenia.

Najważniejszy był lunch w sobotnie południe. To właśnie wtedy zjawili się najliczniejsi goście, a my byliśmy najlepiej odpicowani. Oprócz żarcia jedynym naszym obowiązkiem było odwiedzenie każdego stołu z zaproszonymi ludźmi i podziękowanie im za przybycie połączone z szybkim toastem. Potem był jeszcze wieczorny obiad i lunch w niedzielę ale tam za dużo się nie działo i nie ma zbytnio o czym opowiadać. Ogólnie w chińskim weselu bardziej chodzi o pokazanie się i nażarcie niż o zawarcie związku małżeńskiego pomiędzy dwojgiem ludzi – w całej zabawie nie było ani jednego momentu kiedy ktoś powiedziałby, że od tej pory jesteśmy rodziną. Brakowało mi tego i choćby przez to musimy zorganizować jeszcze jedno wesele – w Polsce. Takie na wskroś tradycyjne – z błogosławieństwem, z chlebem, solą i wódką, z kościołem i księdzem, z muzykantami i tańcem, z wujkami w rozchełstanych koszulach siejącymi zgrozę na parkiecie i ciotkami pytającymi się kiedy chrzciny.

Młoda para z kuzynką – nasze najlepsze wspólne zdjęcie z przyjęcia. Mamy jeszcze takie tylko we dwójkę ale ja, jak ostatni gamoń, musiałem zamknąć oczy..

Moja chińska rodzina

Takie tam ze szwagrem

Kolejny kuzyn Asi z dziewczyną

Serce Wieprza – wg tradycji chińskiej trzeba to zjeść przed nocą poślubną aby małżeństwo było silne i zdrowe

No to jemy!

Na zakończenie jeszcze krótko o podróży poślubnej.

Po powrocie z wesela zostało nam jeszcze tydzień wolnego (święta plus urlop) toteż czuliśmy się zobligowani do jakiejś dalszej wycieczki – po paru zaciekłych dyskusjach padło na Guilin oraz Xi’An.

To pierwsze to wypisz wymaluj krajobraz znany z kinowego Avatara – pionowe skały sterczące z ziemi, lasy, rzeki i.. tysiące turystów. Tak to niestety jest w Chinach, że jak coś jest ładne to ktoś zaraz zrobi z tego biznes, a ten przyciągnie tabuny Chińczyków i laowaiów. I tak mieliśmy farta, bo pojawiliśmy się tam już po świętach.

Xi’An z kolei to dawna stolica Chin – z czasów, kiedy nikt ich jeszcze Chinami nie nazywał. Miasto leży bardziej na północ kraju, zatem musieliśmy się pożegnać z miłym ciepełkiem i wkroczyć na tereny gdzie zimą pada śnieg. W porównaniu z Guilin było tam znacznie spokojniej, bardziej tradycyjnie i historycznie, obcokrajowiec również budził większą ciekawość (chociaż nie aż tak jak na wioskach). Było rówież co zwiedzać – zarówno samo miasto jak i cesarskie ogrody, grób imperatora oraz znane na całym świecie muzeum terakotowej armii (tam to dopiero były tłumy!). Z resztą spójrzcie poniżej – zdjęcia mówią same za siebie:

Pagody „Słońce” i „Księżyc” w Guilin.

Rzeka ciągnąca się przez całą okolicę – to tutaj zrobiono zdjęcie, które zdobi chińską dwudziestkę.

Zawadziliśmy również o przepiękną jaskinię – czułem się jakbym trafił do Podmroku w Fearunie!

Fajny motyw – stawik z żywymi żółwikami.

A na zewnątrz złote rybki

Witamy w Xi’an – zimno i wietrznie.

Terakotowa armia w pełni swojej okazałości. Wykopaliska wciąż trwają i do regimentu co jakiś czas dołączają nowi żołnierze.

Grób Cesarza połączony z ogrodami – tu dla kontrastu było bardzo cicho i spokojnie. Dobre miejsce na spacer i pogaduszki.

Centrum Xi’an.

Bian Bian Mien – lokalny specjał, takie szerokie kluski w sosie, podawane na zimno. Świetne!

Ostatnie zdjęcie chciałbym zatytułować „Buszujący w zbożu”. Przedstawia ono zagubienie jednostki w dzisiejszym, pełnym konsumpcjonizmu, świecie.

Bookmark the permalink.