Nic za darmo

Razu pewnego mały chłopiec usłyszał gdzieś nowe słowo i w te pędy pognał do ojca pytając: „Tato, a co to jest prostytutka?”. Ten, zważając na wiek syna, nie chciał powiedzieć czegoś niestosownego, więc odrzekł tylko: „To taka kobieta, która kocha cię za pieniądze”. Dziecko szybko skojarzyło fakty i odparło „Aha, czyli jak żona tylko drożej?”. Ojciec na to tylko ciężko westchnął i odpowiedział „Wręcz przeciwnie synu, wręcz przeciwnie..”

Z grami mobilnymi jest dokładnie jak z tą żoną, tudzież prostytutką z przywołanej anegdotki – jeśli widać cenę i wiesz za co płacisz to choćby aplikacja kosztowała kilkadziesiąt złotych w większości przypadków będziesz się świetnie bawił, a wydane złotówki zwrócą się w postaci frajdy. Można też oczywiście pożałować grosza i po prostu ściągnąć grę za darmo z „nieobowiązkowymi” mikropłatnościami..

Zawsze i wszędzie należy pamiętać proste prawo natury, które oszczędzi wam mnóstwo pomyłek i rozczarowań:

W życiu nie ma nic za darmo!

Jakiś mądrala oczywiście powie – „energia słoneczna jest za darmo!„. A gówno prawda zakuty łbie – Słońce emitując fotony i dżety zużywa się i kiedyś przez to wybuchnie. A ponadto materiały fotowoltaiczne służące do pozyskiwania tej energii są tworzone na mało ekologiczne sposoby, więc nawet teoria o zielonej, bezpiecznej energii ma swoje za uszami.

„Romantyczny Roman” może dodać – „Ale przecież miłość rodziców jest za darmo!„. Może i jest, ale w większości przypadków zwrócimy ten dług swoim dzieciom – w naturze nic nie zginie. A nawet jeśli niektórzy nie doczekają się potomstwa to powyższa zasada i tak zadziała w znacznej większości przypadków – wciąż zatem warto aby mieć ją stale na uwadze. Powtórzcie więc razem ze mną:

W życiu nie ma nic za darmo!

Parę lat temu powstała mobilna odsłona jednej z fajniejszych gier mojej młodości. Już bardziej wolałbym zostać kopniętym w jaja niż zagrać w to ponownie.

Mamy zatem tę „darmową” grę mobilną, w którą gramy dla rozrywki oraz z ciekawości co będzie dalej. Gra szczyci się bardzo ładną grafiką i niezłym marketingiem – ciężko uwierzyć, aby ludzie za to odpowiedzialni pracowali za pochwały i wpis do portfolio – produkcja kosztować musiała sporo kasy, którą ktoś zainwestował z własnej kieszeni. Zrobił to aby zarobić, no ale jak zarobić na „darmowej” produkcji?

  • po pierwsze, aplikacja ma przyciągnąć jak najwięcej graczy – marką, grafiką, cyckami, czym popadnie;
  • po drugie, początek ma być bardzo prosty – tak aby nauczyć gracza zasad i nie zrazić poziomem trudności;
  • po trzecie, należy rozwlec grę do nieskończoności, tak aby nie dało się jej ukończyć;
  • po czwarte, trzeba przekonać użytkowników aby jak najczęściej wchodzili do gry;
  • po piąte, rywalizacja – nastawić się na pvp, które generuje ruch i czasami frustruje;
  • po szóste, frustracja jest dobra, gdyż przekonuje graczy do ułatwienia sobie gry i skorzystania z mikropłatności;
  • po siódme, potrzebna jest waluta gry: złoto, diamenty, kredyty itp. którą można kupić za prawdziwe dolary, najlepiej z jakimś trudno konwertowalnym przelicznikiem (np. $1 to 13 kryształków, 50 kryształków to $2.75) aby gracz zapomniał, że wydaje prawdziwą gotówkę;
  • po ósme, hazard – po co dawać możliwość kupna tego co się chce, skoro można to wylosować? Losowość uzależnia.
  • po dziewiąte, kolekcjonerstwo! To uzależnia jeszcze bardziej!

Dokładnie w tym tonie utrzymana jest najnowsza gra Ubisoftu – „South Park: Phone Destroyer„. Wpierw przyciąga do siebie znaną marką i postaciami, które lubimy z serialu i gry na duże platformy, potem w fajny sposób przedstawione są zasady – robią to nasi South-Parkowi przyjaciele, jest łatwo i przyjemnie. Gra wydaje się z początku krótka, bo widać tylko kilkanaście pierwszych poziomów, ale potem odblokowywane są kolejne i tak dalej aż tracimy rachubę. Co parę godzin gra nagradza nas bonusowymi kartami – należy pamiętać aby regularnie się logować. Bardziej opłacane gratisy dostępne są jednak tylko dla graczy pvp, ponadto gra zmusza nas do pojedynków aby odblokować dalsze etapy single player. Grając, czasami trafiamy na lepiej wyekwipowanych przeciwników (przypadkiem?) i dostajemy srogie cięgi. W takich chwilach gra uprzejmie podsuwa ułatwienie w postaci sklepiku, gdzie zakupów możemy dokonywać specjalnymi dolarami (SPD – South Park Dollars). Te oczywiście można zakupić za realne złotówki:

Ceny bardzo okazjonalne.. Z reguły unikam takich porównań, ale przy powyższym kursie już lepiej się naje*ać tanią wódą, obszczać i zasnąć w kałuży własnych wymiocin. Też stracimy pieniądze, ale przynajmniej nie trzeba się będzie wstydzić przed znajomymi.

W grze walczymy z NPC oraz innymi ludźmi poprzez specjalne karty z postaciami, tj. „Bandita Sally” czy „Rewolwerowiec Kyle”. Te podzielone są na kilka talii (kowboje, Indiane, kosmici, piraci..) – w sumie jest podobno niecała setka wirtualnych kartoników. Posiadane karty możemy ulepszać, talie mieszać ze sobą, a do tego zdobywamy doświadczenie, rangi w PVP oraz odblokowywujemy różne głupie acziki („Zabiłeś Kennego!”, „Wygrałeś 10 walk PVP!”..). Jest co zbierać na długie miesiące.

Gierka T&P była w serialu tematem do żartów, teraz to rzeczywistość.

Ten artykuł miał wstępnie mieć postać recenzji Phone Destroyera ale w praniu okazało się, że wyszło jak wyszło. Sama bowiem gra jest całkiem spoko – porządna grafika, znajome głosy i przyjemna muzyczka, wciągająca mechanika oraz ogólny profesjonalizm odnośnie działania aplikacji. To w takim wypadku ocena 5/5, polecam plus znaczek jakości..?

No właśnie nie, bo w ten sposób czułbym się trochę jak diler zachwalający wam pierwszą działkę – zajebisty odlot, niesamowite wrażenia, poznasz prawdziwy świat, a do tego za darmo! Spróbuj!

Chyba nie chcesz być gorszy od innych, prawda przyjacielu?

Mikropłatności miały być fajnym sposobem na przedłużenie żywotności gry, ale chciwi wydawcy wypaczyli tą ideę, przepoczwarzyli ją w raka toczącego całą branżę. I to nie jest tak, że dotyczy to tylko tych słabych duchem, którzy nie potrafią oprzeć się pokusie kupna nowego stroju dla swojej postaci albo amunicji „premium”. Wszyscy przez to cierpimy bo gra od samego początku projektowana jest według zasad, które przytoczyłem powyżej – rozgrywka się rozwadnia, jesteśmy zmuszani do mozolnego grindu, zamiast pieniędzmi płacimy własnym czasem, a do tego mamy wrażenie, ze coś jest nie tak.. Że mogliśmy mieć arcydzieło, ale komuś cyferki przestały się zgadzać i wyszło to co jest. Pamiętacie gry z waszej młodości? Baldura? Herosów? Quake?

Hajs musi się zgadzać!

Jakbyście się czuli gdyby w BG2 dało się przyłączyć do drużyny tylko trójkę postaci, podczas gdy dodatkowe dwa sloty można opcjonalnie odblokować za prawdziwą kasę? Czy HoM&M3 stałoby się tak popularne gdyby zablokowano edytor, a każdą nową mapę trzeba było kupować w sklepiku za $1.99 (50% off!)? A co gdyby bogatsi gracze mogli w Q3 używać samonaprowadzających rakiet, railguna o 3x większej średnicy promienia, tudzież karabinu z nabojami omijającymi pancerz?

Do dupy, co nie?

Ironiczne w tej całej historii z South Parkiem w tle jest to, że najlepszy komentarz odnośnie kultury „freemium” jaki kiedykolwiek słyszałem pochodzi od samych twórców serialu (którzy obecnie przetrzymywani są pewnie w lochach Ubisoftu i dojeni z pomysłów jak krowy):

Podsumowując te smętne wywody jeszcze raz przypomnę wam, że „nie ma nic za darmo„. Szukając interesującej gierki na telefon nie patrzcie tylko na jej cenę – szczęśliwie dla nas Google Play informuje również o możliwych reklamach oraz mikropłatnościach dostępnych w aplikacji. Jeśli gierka dostępna jest za friko, ale w opisie widać, że może zawierać opłaty od 5 od 500zł to wiedzcie, że coś jest na rzeczy i lepiej chyba sobie ją całkiem darować. Ja dałem się już parę razy podpuścić i co z tego wyszło?

Logowałem się tam co kilka godzin tylko po to aby wykonać jakieś bezsensowne czynności i nie stracić dziennego bonusa. Grindowałem godzinami w poszukiwaniu upragnionego mieczyka czy innego błyszczącego badziewia. Wnerwiałem się niemiłosiernie na „je*anych vipów” korzystających z ulepszonej amunicji. Straciłem setki godzin na pierdoły byleby tylko nie wydać ani złotówki i pokazać tym przebrzydłym kapitalistom, że nie ze mną takie numery!

Ale im pokazałem.

Tu należy patrzeć, a nie na to, że darmowe!

Bookmark the permalink.