Pożeracze czasu

W trwającym obecnie sezonie ogórkowym modne są wszelkie rankingi najlepszych gier na świecie – kiedy odsłony spadają, a hajs przestaje się zgadzać nie ma nic bardziej clickbaitowego ponad listę stu najlepszych tytułów. Taki spis to nie tylko temat na kilka artykułów (najlepiej na 10, po dyszkę gier na tydzień!) ale i gotowa recepta na gównoburzę, no bo ilu graczy tyle opinii i zaraz ktoś zacznie się wydzierać dlaczego np. Dota jest wyżej od Lola, albo gdzie w ogóle jest to czy tamto. Z czystej, nieskrępowanej ciekawości postanowiłem sprawdzić ten sam patent na łamach Świata Jutra.

 

Jednak, żeby nie było – nie da się tak po prostu porównać wszystkich gier z każdego gatunku i powiedzieć, która była lepsza i dostarczyła nam więcej frajdy (no, chyba, żeby grać podłączonym do aparatury medycznej badającej stężenie endorfin). Można oczywiście sporządzić głosowanie i tym sposobem zapełnić listę, niestety ja swoją stronkę prowadzę w pojedynkę więc i ten sposób odpada.

W takim wypadku zdecydowałem się na coś pośredniego – zarówno wybitnie subiektywnego jak i rzetelnego, opartego na niepodważalnych faktach. Otóż poniższy ranking będzie bazował na czasie, który poświęciłem na dany tytuł – każda z gier poniżej to grubo ponad 100 godzin wyjętych z życiorysu!

Panie i Panowie, oto przed wami 13* największych pożeraczy czasu ostatnich dwudziestu lat mojego życia:

 

13. Icewind Dale

Remaster Beamdoga, choć krytykowany za cenę i brak modów, to jedna z lepszych rzeczy, która mogła przytrafić się Icewindowi.

Icewind Dale to, można by rzec, Baldur dla niecierpliwych. Jeśli przez BG lubisz przechodzić jak burza bez wczytywania się w dialogi oraz fabułę, za to podobają ci się walki oraz dobieranie ekwipunku to IwD będzie grą dla Ciebie. Mnie jednak urzekł klimat gry – śnieżnobiała kolorystyka, atmosfera osamotnienia oraz dźwięki wiatru, które autentycznie budzą ciarki na skórze! Lubię takie coś, to chyba nostalgia za dawnymi czasami kiedy zimy bywały porządne (a nie te popierdółki jak teraz!), a człowiek nie wstydził się lepienia bałwana, obrzucania śnieżkami czy jazdy na sankach. Icewinda przeszedłem wielokrotnie, wracam do tego niemalże każdej zimy – kiedy biały puch pada za oknem, a wiatr świszcze w kominku nic tak nie gra na emocjach jak powrót do Kuldahar.

12. Stardew Valley

Gra w farmera.. Kto by pomyślał, że będzie aż tak zajmująca!?

Wynalazek z zeszłego roku co do którego miałem wiele wątpliwości – no bo jakim cudem gra o pieleniu grządek i sadzeniu marchwi może mi się spodobać? Przez długi czas myślałem o tym jak o jakimś FarmVille rodem z Facebooka, niegodnym mojej uwagi. Potem jednak obejrzałem kilka gameplay’i, zagrałem samodzielnie i wciągnąłem się maksymalnie. SV to nie klikadło do zabawy ze znajomymi, SV to marzenie ludzi w moim wieku – by dać sobie spokój z pracą tylko dla pieniędzy, rzucić to wszystko i wyjechać na wieś. Zbudować swoje gospodarstwo, założyć rodzinę i sączyć browarek własnej produkcji siedząc na werandzie i leniwie spoglądając jak owoce dojrzewają, kurki gdaczą, a świnki się pasą. 170 godzin na liczniku, a będzie więcej bo jeszcze wszystkiego nie odkryłem, a już wkrótce dojdzie DLC z multiplayerem.

11. FTL

FTL czyli świetny przykład syndromu jeszcze jednej tur.. ekhem, jeszcze jednego skoku nadprzestrzennego.

Kolejny indyk odkryty w 2016-tym. Lubię gry turowe oraz takie w których można włączyć pauzę by na spokojnie przemyśleć kolejny ruch. Lubię również kosmos i wszystko co się z tym wiąże – nowości ze świata nauki, książki i filmy s-f. FTL to kombo łączące obie te pasje i jako takie idealnie wpasowało się w mój gust. To gra, która wymaga nauczenia się pewnych mechnizmów aby chociaż myśleć o dotarciu do końca.. tylko po to by potem przegrać z bossem w początkowej rundzie. FTL nie wybacza, ale mimo to jest sprawiedliwe w myśl powiedzenia „jak sobie pościelesz tak się wyśpisz” – jest tu sporo losowości ale tylko od Ciebie, graczu, zależy jakich wyborów dokonasz by przygotować się do finałowego starcia. Chociaż jedna rozgrywka to tylko jakieś 2 godziny, steamowy timer pokazuje mi już ponad 180 – FTL uzależnia, to taki kosmiczny Pasjans.

10. Gothic 1/2/3

Gothic 1 to przede wszystkim klimat (ech, te pory dnia i pogoda!), dwójka to otwarty, żyjący świat. A trójka to ‚meh’.

Nikt nie częstuje się tylko jednym czipsem. Nikt nie kupuje tylko jednego winogrona. Nikt również nie gra tylko w jednego Gothica, dlatego nie sposób rozdzielić tych gier na osobne tytuły. Jedynkę przeszedłem ze 3 razy, dwójkę dwukrotnie, a ostatnią część raz. Dodatek „Zmierzch bogów” zaledwie liznąłem aby szybko przekonać się, że nie o takiego Gothica nic nie robiłem. W czasach licealnych, kiedy cały świat podniecał się Morrowindem, Polska stała murem za produktem Piranha Bytes. Otwarty i niebezpieczny świat, iluzja tego, że żyje on własnym życiem (NPC rozmawiali ze sobą, spacerowali, pracowali, walczyli), wciągająca fabuła i świetny dubbing – w tamtych czasach więcej do szczęscia nie było potrzeba. Ostatni raz grę włączyłem w zeszłym roku – jedynka mocno się zestarzała, ale wciąż jest grywalna, zaś aktywna społeczność fanów odpowiedzialnych za mody i nieoficjalne dodatki nie pozostawia złudzeń, że to nie była moja ostatnia wizyta w Khorinis.

9. Quake 3 Arena

Zawsze byłem fanem Quake 3, co prawda w Unreal Turnament też grałem, ale król może być tylko jeden!

Quake 3 – gra legenda. Pamiętam jak nawalałem w to z bratem na jednym komputerze: „ja chodzę, ty strzelasz!”. Jak wiele ogrywanych wtedy tytułów miałem do czynienia z bezczelnym piratem kupionym na bazarze za dyszkę na płytce Verbatima. Dziś to oczywistość, ale wtedy nikt nie podejrzewał ile taki srebrny krążek potrafi sprawić radochy! Luuudzie, co tam się nie działo! Rakiety z bazooki latały po całej planszy, promienie lasera przecinały walczących na pół, co chwila dało się słyszeć „soczyste” strzały z szotguna wraz z przeładowaniem („bam! szyt-szyt”), jucha rozlewała się po ścianach! Dla człowieka, którego poprzednią strzelanką była Contra taka zmiana była jak wkroczenie do zupełnie innego świata! I te ciężkie wstawki komentatora: „Three frags left! Two frags left! Humiliation! Impressive!”.. Miodzio! Nic dziwnego, że Quake 3 Arena szybko stał się głównym tytułem ogrywanym z kumplami na okazjonalnych LAN-party.

8. Kingdom

Spokojna rozbudowa, proste sterowanie i zasady. Do pełnego relaksu brakuje tylko wygodnego fotela i popitki.

Wydawać by się mogło, że w tym zestawieniu największe szanse na wysokie miejsca mają starsze gry, w końcu pojawiły się wcześniej i było więcej czasu na obcykanie rozgrywki. Tymczasem wciąż świeże indyki pokroju opisanych wyżej Stardew Valley, FTL czy właśnie Kingdom przeczą tej regule mówiąc „czasy się zmieniły i ty też, graczu”. Otóż to – mam już 32 lata i nie jestem tym samym Kubusiem, który bez problemu mógł zarwać nockę siepając w jakiś wyjątkowo wymagający tytuł. Zmalał mój zasób czasu na opierdzielanie się, zmieniło się moje podejście do gier – kiedyś miały emocjonować, teraz większy nacisk kładę na zabawę i relaks. Po całym dniu pracy, kiedy zmachany wracam do mieszkania ostatnią rzeczą, której pragnę jest rozbudowana gra z wyśrubowanym poziomem trudności. Nie. Ma być klimatycznie, relaksująco, niemalże sennie – takie właśnie jest Kingdom. Siedzę sobie na kanapie przed monitorem, trzymam pada, od czasu do czasu popijajm wystudzoną herbatę. Buduję własne królestwo w świecie 2D i bronię go przed stworami nocy jednocześnie relaksując się przy miłej uchu spokojnej muzyce. Niby każda rozgrywka jest taka sama, ale jednak troszkę inna – wystarczjąco, aby grę rozpocząć od nowa jeszcze raz i jeszcze i..

7. Fallout 2

Ten świat! Ta fabuła! Te możliwości! Ten system walki! Absolutny klasyk!

Pamiętam jakby to było wczoraj, lato roku 2000 – stoję z bratem przy witrynie kiosku i wpatrujemy się w okładkę najnowszego CD-Action. Cena (19.99!!) była zaporowa jak na kieszonkowe jednego gówniarza więc na takie luksusy trzeba się było składać.

-Kupimy na spółkę?
-A co to ten Falołt Dwa?
-Chyba jakieś fantasy ze smokami i mieczami. Bierzemy?
-No dobra.

Jak się okazało F2 ze smokami i mieczami niewiele miał wspólnego – od samego początku przywitała nas postapokaliptyczna atmosfera, fabuła zdecydowanie nie dla dzieci oraz masa angielskiego na którym uczyliśmy się pierwszych przekleństw. Za pierwszym podejściem nie za bardzo umieliśmy w to grać – uzbroiwszy się w to co było pod ręką biegaliśmy wkoło wioski i expiliśmy na dzikich psach, skorpionach oraz podobnych nam dzikusach. Potem zaczęliśmy grać osobno, każdy własnym stylem. Brat nauczył się kraść, a technika save/load szybko uzbroiła go po zęby – wszystko po to aby dalej mógł expić, tym razem na alienach i mutantach. Ja z kolei przechodziłem tytuł od enpeca do enpeca co chwilę zerkając to na solucję w CDA to na słownik angielskiego. Mogę śmiało powiedzieć, ze Fallout to jeden z powodów dlaczego teraz jestem nauczycielem angielskiego – w żadnej szkole nie uczyłbym się równie pilnie. Grę przechodziłem wielokrotnie, raz skończyłem jedynkę, dwa razy podchodziłem do Tactics, ale nie miałem ochoty na żadną z wersji 3D. Fallout 2 to absolutny klasyk, megagrywalny nawet dzisiaj.

6. Diablo 2

Diablo 2 – doskonały przyklad gry kolekcjonerskiej jeszcze przed Pokemonami.

Diablo 1, a potem Diablo 2 – główne erpegowe nawalanki mojej młodości. Jedynkę można było ukończyć względnie szybko, za to dwójka (wraz z dodatkiem) to pięć wypełnionych po brzegi treścią aktów. Mało kto jednak kończył z grą po jednokrotnym przejściu – za „Normalem” znajdował się „Koszmar”, a potem „Piekło” z masochistycznym poziomem trudności oraz lootem, którego na próżno było szukać w trybie dla dzieci i niemowląt. Do tego dochodziło kilka postaci, każda z różnymi buildami, co przekładało się na diametralnie różne style rozgrywki i kolejne godziny przedniej zabawy. Najwięcej radochy dawał jednak tryb sieciowy, gdzie urządzało się „runy” czyli biegi przez plansze zakończone multiplayerowymi walkami z bossem. Diablo 2 to również gra kolekcjonerska – każdy build miał inny, wymarzony set pancerza, który trzeba było zebrać aby poczuć się „kompletnym”. Nie było to łatwe – dropnięcie jakiegoś szczególnie rzadkiego elementu graniczyło z cudem, trzeba więc było grać, grać i jeszcze raz grać. A godziny leciały.

5. Pasjans

Czerwone na czarne, a czarne na czerwone. Potem większy numerek na mniejszy. Ot i wszystkie zasady Pasjansa.

Co co jasnej cholery robi tu Pasjans? – spytacie. Ano siedzi sobie na zasłużonym miejscu jako gra, którą najcześciej włączałem na szybko aby umilić sobie czekanie na ściągnięcie jakiegoś pliku, skonwertowanie filmu czy zwyczajnie nudząc się w czasach kiedy Internet nie był tak powszechny jak teraz. Pasjans ma tą przewagę nad resztą gier z tej listy, że jest absolutnie multiplatformowy – odpowiednia aplikacja występuje na każdej wersji Windowsa, cała masa pasjansowatych gier dostępna jest zarówno na GooglePlay jak i AppStore, z Linuxem również nie ma problemu. No i nie można nie wspomnieć o analogowej wersji w którą gra się samemu dysponując zwykłą talią kart. Trudno rozpisywać się nad „Solitaire” – proste zasady, zero fabuły, masa wariacji z odmiennymi zasadami czy wyglądem. Niby nic ale Pasjans to najszybsze i najprostsze lekarstwo na nudę, odpowiednie zarówno dla growych zapaleńców jak i pani Halinki z okienka na poczcie. Nie wiem ile dokładnie spędziłem czasu układając karty w dwukolorowe stosiki, ale – tak szczerze powiedziawszy – chyba nie chcę wiedzieć..

4. Majesty

Majesty to nie tylko strategia, ale również ciekawy świat na którym warto zawiesić oko pomiędzy bitwami.

O Majesty całkiem niedawno zdążyłem wyskrobać pokaźny artykuł. To gra na którą natrafiłem w zamierzchłych czasach, w postaci demka zamieszczonego na płytce dołączonej chyba do CD-Action (a może Świata Gier Komputerowych..), tuż po kupnie pierwszego komputera. Z początku irytowała, bo nie wiedziałem jak w to grać – nawyki z Age of Empires 2 nie działały i nie dało się tu sterować jednostkami. „Bez sensu!” – tak myślałem dopóki nie opanowałem systemu nagród i nie zorientowałem się w dostępnych budowlach. Wtedy dopiero zaczęła się akcja! Wspomniane demko ogrywałem na wszystkie możliwe sposoby, w czym sporą zasługę miał generator map dzięki czemu każda przygoda była nieco inna. Gdy z wersji demonstracyjnej nie dało się już wycisnąć ani kropelki frajdy więcej, pobiegłem do sklepu po pirata za dyszkę i bez skrupułów ciąłem w to dniami i nocami. W końcu się znudziło i na jakiś czas zostawiłem zabawę w królewicza w spokoju, ale tylko do wypuszczenia dodatku „Northern Expansion”, po którym zarywanie nocek i wciskanie rodzicom kitu o braku pracy domowej rozpoczynało się od nowa. Takich powrotów było w moim życiu znacznie więcej, zaś ostatni to kwestia zeszłego miesiąca, który dodał niemalże 50 godzin do licznika. Majesty to nie jest jakaś rewelacyjna gra, ale tak się jej złożyło, że trafia w moje gusta jak mało która, przez co wyjęła mi z życiorysu pokaźny kawał czasu. Czego absolutnie nie żałuję!

3. Baldur’s Gate 2

Wrota Baldura 2 – gra, bez której moje życie potoczyłoby się całkiem inaczej.

I oto wchodzimy na podium. Tutaj znajdziemy gry, w które zagrywałem się nie tyle dnie i noce, co nawet tygodnie, miesiące, a nawet lata. To również tytuły, które na tyle zmieniły moje życie, że możnaby się śmiało zastanawiać jakby ono wyglądało pozbawione tego elementu historii. Dla przykładu bez Baldura chyba nie odważyłbym się ruszyć w autostopową podróż po Europie – Zapomniane Krainy obudziły we mnie żyłkę awanturnika i ciekawość tego co jest za górką, lasem i jeziorkiem. Zrobiły ze mnie romantyka szukającego wszędzie odpowiedniego klimatu, próbującego wycisnąć coś więcej z błahych na pozór sytuacji, szukać drugiego dna tam, gdzie go nie widać. Wrota Baldura nauczyły mnie, że chcąc dorobić sie fajnej historii i przygód wartych wspominania trzeba zaryzykować i powiedzieć ‚tak!’ wtedy, kiedy ostrożność nakazuje zaprzeczyć i opuścić głowę.

Baldur’s Gate 2 (niekoniecznie z jedynką, ale musowo z dodatkiem Tron Bhaala!) to zabawa na CO NAJMNIEJ 70 godzin, ja tymczasem przeszedłem ją z 8 razy w różnych odstępach czasu. To gra do której wciąż warto wracać, a to za sprawą grafiki, która się nie starzeje, szeregu urozmaicających rozgrywkę modyfikacji czy, w końcu, rewelacyjnych remasterów Beamdoga, także na platformy mobilne. To również świetna historia, autentyczni bohaterowie i genialne tłumaczenie na rodzimy język włącznie z epickim dubbingiem obfitującym w absolutne legendy na tym polu: Fronczewski, Zborowski, Kownacka, Kobuszewski. Jeśli mówilibyśmy tu o najlepszych grach w jakie grałem to BG2 z pewnością wygrałoby w cuglach. Rzecz dotyczy jednak spędzonego z produkcją czasu, a w tej kategorii musi ustąpić dwóm kolejnym zawodnikom.

2. Heroes of M&M III

Heroes 3 HD – niby ładniejsze ale wymagania sprzętowe jak z kosmosu. Wolę oryginał.

Niedzielny wieczór. Rosół i schabowe zjedzone, kościół odwiedzony, Kaczor Donald obejrzany. Hmm, co by tu jeszcze zrobić? Wiem, Heroski!

Kiedy planów na spędzenie dnia brak, nuda wkrada się drzwiami i oknami oraz tak się akurat składa, że nie wciągnęliśmy się ostatnio w żadną nową grę – trzecie Herosy zawsze były jak znalazł. Tytuł, który odpali się nawet na maszynie z poprzedniego wieku, oferujący zarówno ciekawe kampanie, tysiące map dostępnych z Internetu jak i rewelacyjny tryb dla wielu graczy („hot seat”). W ciągu dosłownie minuty wywraca klimat do górny nogami – ze zblazowanego gracza leniwie układającego pasjansy stajemy się magiem bitewnym w ultra-klasycznym świecie fantasy łączącym wszystko co najlepsze z greckiej mitologii, literatury Tolkiena oraz baśni tysiąca i jednej nocy.

Trudno zliczyć ile w sumie czasu poświęciłem światu Mocy i Magii (szczególnie jeśli dodać do tego całkiem niezłe H4 i H5), bo wracałem do gry tak często i na tylu różnych pecetach, że głowa mała. Ciupałem w Heroski na pierwszym pececie z Celeronem 433, oblegałem zamki na netbooku w czasie wolontariatu w Niemczech, zbierałem armie nudząc się podczas pracy w recepcji w gruzińskim hotelu, odkrywałem mapę wieloosobowo na LAN party z kumplami, levelowałem bohaterów w co-opie z kolegą składając jednocześnie meble z IKEI. No i nie zapominajmy o Chinach! W powrotach do gry pomagają czytelna, kolorowa grafika (która absolutnie nie uległa próbie czasu!), przejrzyste zasady, wspaniały klimat (szczególnie w trybie wieloosobowym!), mnogość map (wraz z użytecznym generatorem) plus szereg dodatków zaczynając od genialnego „Wake of Gods”, a kończąc na remasterze od Ubisoftu. Nie ma prawa nazywać siebie graczem ten, co nie przeszedł choć jednej tury w Heroskach.

(Ech, coś czuję, że po tym artykule znowu wrócę do Erathii: „Astrologowie ogłaszają tydzień Herosa. Populacja artykułów na Świecie Jutra zmniejsza się.”)

1. Lineage 2

Mmo potrafią uzależnić bardziej niż nikotyna. Czasami jednak warto dać się porwać nałogowi.

Jedne z czterech mmo w jakie grałem. Taka Tibia prędko odrzuciła mnie brutalną społecznosćią ćwoków i chamów, Cabal to przygoda na chwilę – bardziej solo niż drużynowo, zaś Neverwinter fascynował tylko z początku – fajną historią i rewelacyjną grafiką, niestety okazał się dość nudny po dotarciu do maksymalnego poziomu doświadczenia. Tylko Lineage 2 zdołał mnie wciągnąć na dłużej. Jak długo?

Dwa lata z długim hakiem. Zacząłem grać z kumplem (pozdrowienia dla Mariusza!), który jednak dość szybko zrezygnował wybierając karierę czołgisty w World of Tanks. Potem trochę popykałem samodzielnie, choć nie było to specjalnie emocjonujące – L2 to gra wybitnie nastawiona na kooperację i bez wsparcia drużyny zostaje tylko apatyczne tłuczenie mobków dla złota i doświadczenia. Na pewien czas dałem sobie na wstrzymanie, by potem przypadkiem natrafić na jakiś nowy serwer (o wątpliwej legalności, ale wtedy mało kto zwracał na to uwagę) i wciągnąć się na dobre.. Nie! To za mało powiedziane, tu mieliśmy do czynienia z pełnoprawnym uzależnieniem!

Nawet teraz strach mi wracać do L2, obawiając się powrotu w szpony nałogu, szczególnie w tak niekorzystnym czasie jak teraz, kiedy mam pełnoetatową pracę, hobby w postaci tego bloga oraz małżeństwo czekające tuż za rogiem. Lineage jako gra nie była jakoś szczególnie porywająca – typowy koreański grinder polegający na tłuczeniu stworków, wbijaniu leveli i odziewaniu się w co raz to lepsze fatałaszki. Jako taki potrafił szybko znudzić, problem w tym, że system klas wymuszał w tej grze współpracę i łączenie się w gildie – samodzielnie ani nie pokonamy bossa, ani nie zbierzemy surowców na skrafcenie mieczyka, a w przypadku bardziej defensywnych profesji – nawet walka będzie utrapieniem. W moim przypadku tak się akurat złożyło, że trafiłem na absolutnie genialną ekipę dla której towarzystwa chciało się grać do trzeciej nad ranem i budzić o szóstej. Jako krasnolud Duroc w końcu stałem się przywódcą swojej gildii, a wraz z tym do standardowej rozgrywki doszła jeszcze nie mniej absorbująca polityka. Z problemu wyrwał mnie dopiero autostop, choć pamietam, że przez pierwsze tygodnie podróżowania wciąż próbowałem od czasu do czasu logować się z kafejek internetowych mając klienta do gry zawsze przy sobie na karcie SD.


I w ten sposób lista się domyka, ale.. cholera! Jakoś niepełnie to wygląda.. Brakuje wielu gier w które się zagrywałem jak głupi, a przez warunek stu godzin nie załapały się na miejsce w rankingu. Dla przykładu „Planescape Torment„, fabularnie ciut lepszy od BG2, ale jednocześnie krótszy i bardziej liniowy, przez co przeszedłem go tylko parę razy i jeszcze trochę do setki brakuje. Ale spokojnie – już niedługo to nadrobimy przy mobilnej wersji.

Kolejna wielka nieobecna to Contra – tu zwyczajnie nie pamiętam ile dokładnie w to ciąłem, ale jako, że grałem głównie w co-opie z bratem to chyba setki nie było. I raczej nie będzie bo to jeden z tych tytułów, które fajnie wspominać ale lepiej do nich nie wracać.

Disciples 2 – tu może i nawet 100 godzin udałoby się uzbierać, szczególnie jeśli liczyć wraz z pierwszą częścią i zaplanowaną „na kiedyś” trójką ale to tylko dlatego, że aby poznać całą (epicką!) historię trzeba przejść wszystkie 5 długich kampanii, potem do gry nie ma już zbytnio po co wracać. Świetna ale nazbyt liniowa.

QoG – warto również wspomnieć o stareńkim Quest of Galaxies, gierce przeglądarkowej, w której budowaliśmy flotę, zasiedlaliśmy puste planety i walczyliśmy o te zajęte przez innych graczy. Sumując „przegrane” godziny nie wyjdzie tego za dużo, bo rozgrywka jako taka nie wymagała spędzania czasu przed kompem – ot logowałem się co parę godzin i zakolejkowywałem statki do zbudowania, wysyłałem wojsko w odpowiednie miejsca i przeglądałem dziennik. Mimo to specjalnie dla QoGa potrafiłem tak sobie ustawiać grafik aby moja flota jak najkrócej trwała w bezczynności – np. szedłem spać o północy, wysyłałem statki tak by wróciły po szóstej nad ranem, kiedy to budziłem się tylko po to by wysłać je na kolejną misję i potem wracałem do łóżka. Zanim powiecie „choroba” zastanówcie się wpierw ile czasu sami tracicie na Facebooku – zasada ta sama.

A na koniec Wiedźmin 3, którego tu nie ma, bo.. zwyczajnie w to JESZCZE nie grałem. Przeszedłem jedynkę, dwójka czeka w GoG-owej bibliotece, a trójka z pewnością będzie jednym z pierwszych tytułów na których przetestuję najnowszego Ryzena do którego update planuję w następnym roku. Nie chcę przedwcześnie wyrokować, ale coś czuję, że do kolejnego rankingu załapie się bez problemu.

 

 

(*)a bo jakoś lubię ten numerek i tak mi akurat wyszło 13 gier o których nie sposób nie wspomnieć.

Źródło:
Większość zdjęć z tej notki pochodzi z oficjalnych materiałów prasowych. Obrazek do Diablo 2 znalazłem na stronie neogaf.com

Bookmark the permalink.