Zamulacze

Lubię swoją robotę, naprawdę. Porównując nauczycielowanie w Chinach z wszystkimi innymi zawodami, ktorych imałem się w swojej burzliwej przeszłości śmiało mogę stwierdzić, że lepszej pracy nie miałem. Owszem, zdarzały się zajęcia ciekawsze, w lepszym towarzystwie lub przyjemniejszych miejscach ale każde miało swoje wady i zalety, a po sprawdzeniu takiego bilansu wyraźnie widać, że uczenie angielskiego wychodzi na prowadzenie. Nie byłbym jednak prawdziwym Polakiem, gdyby czasami nie zdarzyło mi się ponarzekać – tym właśnie zajmiemy się w dzisiejszym odcinku.

 

Patrzę na wtorkowy rozład zajęć.. Dwa socjale!? No bez jaj!


W mojej szkole mamy kilka rodzajów lekcji (o czym już zdarzyło mi się napomknąć) – od prywatnych na 1-4 osoby, przez salony do dziesięciu uczniów, aż po „socjale” na których może pojawić się i dwudziestka Chińczyków. Socjale z jednej strony są najciekawsze, bo to nauczyciel wybiera i opracowuje materiały, z drugiej – najbardziej czasochłonne. Fajnie jest pogadać na interesujący temat 3-4 razy w tygodniu, ale ostatnio (z niedoboru nauczycieli) mam po siedem socjali na pięciodniowy tydzień pracy. Całe szczęście, że trochę już uczę w tej szkole i mam przygotowane kilkaset tematów, więc recykling idzie pełną parą. Mimo to wchodząc do klasy czuję się tak:

 

Co nam na dzisiaj przygotowałeś?

Ech..

 

Środa.. O proszę! 3 osoby na prezentacji! Zaje-**rwa-biście!


Kiedy uczeń przejdzie przez cały zestaw lekcji ze swojego poziomu, może wskoczyć na wyższy level – o ile przejdzie sprawdzian umiejętności. Od kiedy pracuję w tej firmie, taka prezentacja językowa była również fajnym bonusem dla nauczyciela – odpadała jedna z lekcji, a na jej miejsce wchodziła prezentacja, do której ani nie trzeba się było przygotować, ani zbytnio nagadać. Niestety w aktualnej placówce zarząd doszedł do wniosku, że Główny Nauczyciel (czyli ja) ma w obowiązku uczestniczyć w prezentacjach jako.. nieodpłatne nadgodziny. Zatem każdej środy mam 5 zwykłych zajęć oraz prezentację. Jak się przyfarci to nie będzie nikogo, ale zazwyczaj jest jakaś dwójka studentów, których należy wysłuchać i przepytać.

 

No i nie dadzą ani chwili spokoju!

 

Dostałem listę na czwartek, co my tu mamy.. No nie, B-salon z dwoma zamulaczami!


Sukces lekcji zależy od nauczyciela oraz uczniów. Czasem mam tak, że dostaję bystrzaków i wtedy do klasy wchodzę ze śpiewem na ustach, bo wiem, że będzie ciekawie i wesoło. Innym zaś razem..

Zamulacze to taki typ studenta, który samą tylko obecnością wysysa z ciebie wszystkie siły i sprawia, że odechciewa ci się żyć. To nie zależy od poziomu, bo i z początkującymi można mieć świetną lekcję, ale od nastawienia danej osoby. Zazwyczaj to młodzi ludzie, którzy posyłani są tutaj przez rodziców – nieszczęśliwcy, którzy muszą się uczyć w wakacje zamiast charatać w gałę i łupać w gry na kompie. W sumie im się nie dziwię.

Zamularki z kolei, to – jak sama nazwa wskazuje – kobiety, dorosłe matki, żony i kochanki, które z tych czy innych powodów postanowiły się dokształcić i liznąć trochę języka. Cel jak najbardziej szczytny, szkoda tylko, że wielokrotnie mają zbyt wysokie mniemanie o posiadanych umiejętnościach i pakują się do za wysokich poziomów. Do tego – przez politykę szkoły mam mocno ograniczone pole manewru jeśli chodzi o „stawianie pał i oblewanie” uczniów – satysfakcja klienta przede wszystkim!

 

Aj em. Ju ar. Hi is.. i tak w koło Macieju..

Kobieto, po jakiemu ty do mnie gadasz?!

 

Piątek, piąteczek, piątunio! Tylko 3 lekcje?! Supe.. Noż k***a mać!


Listy z podziałem zajęć na następny dzień otrzymujemy popołudniu. O ile w kontrakcie mam zapisane 25 lekcji tygodniowo (5/dzień) to od czasu do czasu zdarza się, że nikt się nie zapisze (albo ktoś odwoła) i coś tam przepadnie. Bywają jednak i odwrotne sytuacje..

Najbardziej mnie wnerwia jak dostaję podział z czterema (albo i trzema jak jest szczęśliwy dzień!) lekcjami i tak sobie mam dobry humor aż do następnego dnia, kiedy to pojawia się uaktualnienie, że ktoś się jednak na ostatnią chwilę zapisał. Takie akcje czasem mają miejsce i minutę przed lekcją – człowiek już się cieszy, a tu przychodzi taki jeden i z uśmiechem na ustach mówi, że zdążył w ostatniej chwili!

 

Teraz? Poważnie?!

 

W końcu sobota! Ostatni dzień i weekend!


W sobotę już się człowiek tak nie irytuje jak przy reszcie dni tygodnia, ale jak się chce to i tu znajdzie się powód do narzekań. Przede wszystkiem na grafik.

Koło maja wprowadzono mi przepis, że muszę się zeskanować (odcisk palca) na początku i końcu dnia pracy. Ot taka metoda inwigilacji i „motywacji” aby nikt się nie spóźniał (kary pieniężne..) – nie było tego podczas podpisywania przeze mnie kontraktu przez co tym bardziej mnie to denerwuje i będzie pewnym powodem renegocjacji umowy w okolicach października. Szczególnie boli to w soboty, kiedy kończę pracę o 19:00. Teraz wyobraźcie sobie taki scenariusz:

  • 15:00-16:00   Socjal
  • 16:00-17:00   (brak)
  • 17:00-18:00   (przerwa obiadowa)
  • 18:00-19:00   B1 (jedna osoba)


Już pomijam fakt, że przez tę jedną osobę muszę zostać w pracy 3 godziny dłużej, w końcu taki mam fach. Największe chamstwo jest jak lekcja zostanie odwołana – wtedy i tak muszę siedzieć w pracy bezczynnie od 16tej do 19tej!

 

Ale ja już chcę do domu!

 

Bonusowa „ku**a mać!” na poniedziałek.


Jak już się kiedyś chwaliłem – przez jakiś czas uczyłem angielskiego w Intelu, takie dwie poniedziałkowe nadgodziny. Znajoma, a jednocześnie asystentka szefowej z innego centrum dość długo próbowała mnie na to namówić, aż w końcu niechętnie się zgodziłem. Nie było mi to na rękę, bo lubiłem moje luźne poniedziałki, kiedy mogłem coś pogotować, porobić zakupy, ogarnąć chałupę albo zwyczajnie zmarnować czas przed kompem (teraz już wiecie czemu ostatnio pisałem tak rzadko). Ale człowiek chytry i jak usłyszał, że za dwie godziny zajęć dostanie 400 chińskich yuanów to się skusił.

Lekcje jak lekcje, nie ma co strzępić języka. To o czym warto opowiedzieć to proces w trakcie którego te cztery stówki stopniowo zaczęły tracić na wartości. Otóż pierwsze co zauważyłem to kłopoty z dojazdem – podróż tam i spowrotem to razem 3 godziny metrem i autobusem. Czyli 400 nie za dwie, ale za pięć godzin wyjętych z życiorysu. Dalej się okazało, że stawka wynosi nie 400, ale 300+100. Co za różnica?

Spora, bo te 100 to tylko na przejazdy, zatem musiałbym wozić się taksówkami i kolekcjonować paragony. Czyli tak właściwie to dostaję 300/poniedziałek. Ale ale! To jeszcze nie koniec, bo koleżanka „zapomniała” mi powiedzieć, że te nadgodziny są dodatkowo opodatkowane na 20%!

Zostaje mi 240 yuanów. Podzielić na pięć i wymienić na złotówki.. Dwadzieścia sześć złotych za godzinę.. Ktoś powie, że to i tak dużo, ale szczerze to nie po to człowiek pracuje na drugim końcu świata, traci kontakt ze znajomymi, a rodzinę odwiedza raz na rok, żeby dostawać 26zł na rękę!

 

No jakby mi ktoś w pysk strzelił!

 

Źródło:
Wszystkie zdjęcia z dzisiajszego artykułu pochodzą z filmu „Dzień Świra” reż. Marka Koterskiego.

Bookmark the permalink.